Paryż 02

Wpis #04 📨 – Zimno, mokro i daleko od domu… Moja relacja ze SPARTAN RACE PARIS JABLINES SUPER.

Po morderczych zawodach w  Kouty, moje nogi nie chciały coś wracać do stanu jakiejkolwiek używalności, więc treningi w minionym tygodniu szły mi dość opornie. Musiałam skorzystać i z sauny i z masaży, tak bardzo pozamiatały mną te wszystkie podbiegi z ciężarami w malowniczych Czeskich górach 😃.

Ja i kolejny Spartan tym razem we Francji. Zrobiłam sobie z mamą taki prezent (a przynajmniej tak się śmiałyśmy) na dzień matki i dziecka. Pogoda nie rozpieszczała we Francji nikogo. Deszcz padał tam od wielu dni, poziom Sekwany był dużo wyższy niż normalnie. Zaobserwować było można już w samym centrum Paryża liczne podtopienia i zalania. Temperatura rzadko spotykana w czerwcu, czyli około 12-14 stopni Celsjusza. No ale wystarczy, nie jestem przecież pogodynką, chciałam po prostu napisać o moich wrażeniach z biegu 😃.

Paryż 02

Prognozę pogody od paru dni śledziłam wnikliwie prawie co godzinę, byleby zobaczyć na sobotę jak najwięcej stopni i „chmurkę bez deszczu” na obrazku. W sumie na nic to się zdało bo gdy tylko wyszłam z auta odebrać swój numerek startowy to rozpoczęła się ulewa (tak dla odmiany, jakby dawno nie padało). Oczywiście moja mina przed startem mówiła sama za siebie, gdy stałam już cała zmarznięta i przemoczona jeszcze przed wyścigiem. Tzn. „mówiła” : „Nie podoba mi się. Zimno. Chcę do domu…”. Zawody organizacyjnie jak zawsze na wysokim poziomie, dobrze oznakowane ważne dla zawodników miejsca, strefy do robienia sobie zdjęć na różnych tłach (i dostać można było od razu takie zdjęcie w formie papierowej – fajna atrakcja), stanowiska sklepowe (które zawsze mnie kuszą i zawsze wracam z jakąś „pamiątką” ubraniową J). Start był o 9.00. Podejrzewam, że na wszystkich zawodnikach pierwsza przeszkoda, którą był rów z wodą, nie zrobiła większego wrażenia, bo i tak już wszyscy byliśmy mokrzy. Podczas biegu przyszło mi do zaopiekowania się zarówno pancakes’em z piaskiem, ciężkim łańcuchem jak i drewnianą belą, z którą trzeba było przeprawić się m.in. przez odcinek zbiornika wodnego, gdzie nie zawsze dało się dotykać stopami dna… Kiedy organizatorzy poprowadzili początkowy odcinek trasy przez jezioro, woda była podniesiona o tyle, że ratownicy holowali nieumiejących pływać zawodników na łódkę, bo się topili. W sumie, to ze trzy razy na trasie umiejętność pływania była potrzebna, żeby pokonać wyścig. Z przeszkód, które utkwiły mi w pamięci to wysoka odwrócona skośna ściana, wspinanie się po linie, więcej wysokich ścian, taplanie się w wodzie po pas, bieganie w błocie, przerzucanie opony – jednak nie raz w jedną stronę i raz w drugą, ale trzy razy w jedną i trzy razy w drugą stronę, opony zanurzonej w wodzie– no, to z tych łatwiejszych. A teraz poopowiadam o tych burpeesowychJ. Trenowałam przed Kouty’ami rzut oszczepem, nauczyłam się to robić dobrze technicznie, leciał tam gdzie chciałam z odpowiednią rotacją, ale na wyścigu to zawsze loteria. Oszczep bowiem jest drewniany, lekki i z zakrzywionym metalowym grotem – istna loteria. To jedyna przeszkoda której nigdy mi się nie udało pokonać bez robienia kary. Chyba niedługo zacznie mi się śnić po nocach… Następnie poległam na Slackline, wspominałam jak wygląda ta przeszkoda przy relacji z Wiednia, tym razem się nie udało utrzymać równowagi. Robiłam „padnij-powstań” jeszcze na najdłuższym jaki widziałam MultiRingu. Tyle co złapałam się pierwszej mokrej, metalowej rurki to moje małe łapeczki ześlizgnęły się i spadłam (No burpees no fun). Zresztą śmieszna przeszkoda, bo po biegu (po 4 GODZINNYM oczekiwaniu na dekorację!!!) przyglądałam się jak większość przeważne spadała z tej przeszkody, albo kiedy już była przy końcu, to po prostu nie trafiała w dzwonek. 😃 Na bardzo długo zapadnie mi w pamięci mistrzostwo świata pod względem przeszkód… Wyobraźcie sobie otwartą przestrzeń, łąka, zieleń, mokradła i zasieki… Jakieś 200m zasieków, płot i jeszcze ze 100m. Szłam na czworaka, a wody miałam miejscami po szyje, oczywiście moje włosy co chwila zahaczały o drut kolczasty i psuły mi fryzurę 😀 Pokonywałam tę przeszkodę jak jakaś sierota, inni po prostu kładli się na wodzie i odpychali rękami. Mnóstwo ludzi mnie tam wyprzedziło, bo ja sobie po prostu szłam na czworaka, by jak najmniej ciała mieć zamoczonego w wodzie, bo i tak było mi już potwornie zimno. Naklęłam się tam co nie miara (tak, wstyd mi za to). Dużo czasu tam straciłam, stąd może 2 miejsce, które mimo wszystko jest satysfakcjonujące. Porwać się do innego państwa na bieg, zmierzyć z nową konkurencją i wrócić z miejscem na podium to na pewno mnie cieszy J. No i wygrałam po raz kolejny sama ze sobą i z moim wstrętem do zimna. Przybiegłam szczęśliwa (i sina) na metę, dostałam swój medal i monetę od organizatora upoważniającą do startu w Mistrzostwach Świata w Spartan Race 😃. Kolejna rzecz, która rozbawiła mnie po biegu to, że organizatorzy ze 3 razy dopytywali się skąd jestem. Nie mogli uwierzyć, że z Polski 😃.

Paryż 01

Na dekorację musiałam długo czekać, ale wszystko było z wielką „pompą”. Nagrody jak to na Spartanach (buty i koszulka od Reebok’a) plus bonus od sklepu z odżywkami (batoniki mocy – czekoladowe J). Aaa… przypomniało mi się coś. Jeśli chcecie, by nawet w obcym kraju, gdzie nikt Was nie zna, mieć tłumy kibiców, to miejcie koszulkę z własnym imieniem. Na trasie ciągle słyszałam „ ….. (nie znane mi francuskie słowa) AGATA!!!” – to naprawdę dawało power’u 💪.

Wróciłam z tarczą do Polski. Trenuję dalej, bo kolejne zawody za pasem – w sumie już w sobotę i to jakie… Może nie Mistrzostwa Europy OCR, ale w cudownym, malowniczym i magicznym kraju – w którym jestem od dawna zakochana. Trzymajcie kciuki! Ciao 😃.

Paryż 03

P.S. Jeszcze jedno, przeszkoda do zapamiętania, czyli „Memory Test”. Okropna…. Wyobraźcie sobie, że trzeba było zapamiętać francuskie słowo (nie mówię w tym języku, więc to był wyczyn) oraz 7 cyfr (ale pamiętam swoje do teraz 319 5877) 💪.

Wstecz